sobota, 26 lutego 2011

Świat bez uczuć?

Cóż, nie sądziłem że tak szybko uda mi się spłodzić kolejną myśl, ale oto nastał czas odpowiedni... głowa mi pęka, parę piw z Panem J. i powoli opadające ciężkie powieki musiały zrodzić w mej głowie kilka zdań. Nie jestem nawet u siebie w mieszkaniu, a notkę piszę z laptopa, co mnie niezmiernie denerwuje i krępuje, ale... do rzeczy.

Ostatnio coraz częściej przy okazji wielu szczerych rozmów spotykam się z opinią, że jestem romantykiem i idealistą... że życie, które nie jest piękną bajką, wkrótce niemile mnie zaskoczy. Racja. Wierzę w prawdziwą miłość, w szczere przyjaźnie, w spełnianie marzeń, a przekonanie że człowiek jest na tyle niesamowitą postacią, że może naprawdę osiągnąć co tylko zechce, jeśli wykaże odrobinę chęci i samozaparcia, nie wywołuje u mnie śmiechu. Mi osobiście nie wydaje się to wcale złym zjawiskiem, ale dla pewności zasięgnąłem do dostępnego on-line "Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego" i wykopałem definicje.

Idealizować - przeceniać kogoś, wybielać; przypisywać (komu, czemu) zalety, których ta osoba a. rzecz nie posiada; apoteozować, gloryfikować.
Idealista - pot. człowiek kierujący się zasadami wzniosłymi, zdolny do poświęceń; marzyciel, utopista.

Pod hasłem "romantyczny" było też coś o marzeniach i były jeszcze jakieś inne pierdoły, których ja tu nie potrzebowałem, więc nie zamieszczam. Swoją drogą zabawne, że jeszcze dekadę temu przepisywałbym te definicje z książki, fizycznej, stronicowanej, z hasłami uporządkowanymi alfabetycznie. Musiałbym szukać co najmniej chwilę, a odnalezione słowo sprawiłoby mi tyle radości. Ale nie, teraz jest internet i wystarczy to "wguglać" i w ciągu 0,153sek otrzymujemy 10 różnych źródeł. Nice! Ale znów odbiegam od tematu. Więc mamy te definicje i szczerze powiedziawszy nie specjalnie mnie zaskoczyły. Nie żebym był znawcą, ale przypuszczałem, że mniej-więcej to znaczą te słowa. Jednak rozgrzeszając siebie samego... "przecenianie kogoś", "przypisywanie nieistniejących zalet"? Kaman! Dla mnie to się nazywa zaufanie, poznanie, wiara w ludzi. Czy to jest takie niedobre? Może odrobinkę naiwne, ale jaki byłby świat bez tego? Każdy patrzyłby na siebie spode łba, podejrzliwie, nieufnie. Już coraz częściej widzi się takie obrazki wszędzie dookoła. Nie podoba mi się to. Mam każdą nowo poznaną osobę traktować "interesownie"? "O, pewnie ta Pani czegoś ode mnie chce skoro ledwo mnie zna, a jest taka miła". Co do romantyka. Przywiązuje się... no i co? Co w tym złego? Jestem niewolnikiem przeszłości i wspomnień? Dobra, może tak. Ale czy to musi mieć taki destruktywny wpływ na teraźniejszość, czy przyszłość? Nie jestem taki pewien.

Ostatecznie... każdy rozgrywa to w swojej głowie i każdy radzi sobie z tym na swój sposób. Mi takie podejście do życia odpowiada. Ja będę się bił w pierś, jeśli się na tym przejadę. Jeśli rzeczywiście ktoś to kiedyś wykorzysta, albo okaże się nagle, że bujając w obłokach straciłem poczucie rzeczywistości.
Może przyszło mi żyć w świecie bez emocji, uczuć i prawdy. Ale wierzę, że tak nie jest! I wydaje mi się, że dzięki temu upływający czas jest przyjemniejszy, ludzie dookoła bardziej przyjaźni. To mój świat i nie zamierzam z niego rezygnować. Kiedyś ktoś to doceni :)

Nie wiem, jaki jest wydźwięk tego bełkotu. Jaki ma sens to co napisałem. Czy to szczere wyrzucenie myśli, czy to może już lament. Nie chce mi się tego czytać drugi raz do poprawek, więc wybaczcie brak spójności. Jest jak jest, lepiej nie będzie :) Jestem zmęczony i idę spać. Życzę czytającym kolorowych snów, a by przybliżyć tą perspektywę DOBRY utwór i najpiękniejsze solo na świecie w wykonaniu Davida Gilmoura oraz Pink Floyd. Koncert w Londynie, rok 1994 - chciałbym kiedyś przeżyć takie widowisko! Pink Floyd - Comfortably Numb

poniedziałek, 14 lutego 2011

Uciekający czas i trudne pytania

The Boss Hoss w słuchawkach, skończona znajomość, dużo obowiązków i marnowanie czasu. Cóż, chyba pora by tu coś napisać.

Mieliście kiedyś zbyt dużo czasu? Tak to jest... gdy czegoś brakuje to oddalibyśmy wszystko by to dostać, a jak już dostajemy to co chcemy, przestajemy to doceniać. Tak sobie życie obecnie poukładałem, że mam mnóstwo czasu na moje dwie największe pasje - muzykę i ludzi(nie wiem czemu tak mnie kusi by "ludzi" zastąpić "kobietami"). Oczywiście, cieszę się i staram się korzystać jak mogę, choć coraz mocniej dociera do mnie myśl, że jednak za dużo czasu zajmują mi głupoty. Czas ucieka mi przez palce, a ja nie potrafię się temu przeciwstawić. Ciężar jest niewyobrażalny. I mógłbym tak jak to mam w zwyczaju, skupić się na tym co dobre. Nowe znajomości, rozwój muzyczny i dużo chwil dla siebie, spokój duszy. Ale damn... czy mnie nie stać na coś więcej?! Czuje, że mogę z tego wyciągnąć coś więcej, że nie do końca o to mi chodziło, że proporcja między czasem wykorzystanym, a zmarnowanym jest niepokojąco wyrównana. Czy ja się nad sobą użalam, czy rzeczywiście objawia mi się problem, któremu powinienem stawić czoła? Przypuszczam, że przekonam się o tym dopiero wtedy, gdy pierwsza sprawa z którą przyjdzie mi się zmierzyć okaże się porażką przez moje lenistwo.

Ostatnio odbyłem ciekawą rozmowę. Od zawsze myślę o sobie jako o kimś odmiennym, jak o takim analogu w świecie cyfrówek(gdzieś przeczytałem to porównanie i bardzo mi się podoba), o jakimś starym zdjęciu schowanym w pudełku 20 lat temu i odkurzonym w dzisiejszej rzeczywistości. Nie wiem ile jest w tym prawdy i czy w ogóle powinienem myśleć o sobie w ten sposób, ale tak się czuję. To sprawia, że czasem ciężki ze mnie partner do rozmów o życiu itd. Jednak ostatnio znalazła się osoba, która potrafiła zadać mi pytanie na które odpowiedź sprawiła mi niemałe zakłopotanie, a jednocześnie zmusiła do refleksji, zaciekawiła. Oprócz tego, że jestem staromodny to mam też luźne podejście do życia i negatywne rzeczy staram się raczej puszczać w niepamięć i udaję(?), że mnie nie obchodzą. I nagle: "To co Cię tak naprawdę obchodzi?". Zamilkłem na dłuższą chwilę, wprowadzając mojego rozmówcę w stan lekkiego zakłopotania. Próbowaliście zadawać sobie takie trudne pytania w stylu "Co dla mnie znaczy szczęście?", "Z czego jestem dumny w swoim życiu?" itd. :) To jest chyba jedno z tych. Odpowiedziałem, że moi przyjaciele i to by żyć w zgodzie z samym sobą. Tylko, czy to czasem nie była bardziej szybka ucieczka przed kłopotliwą ciszą niż w pełni świadoma i wyczerpująca odpowiedź. Myślałem nad tym pytaniem i nadal ciężko mi jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Co tak naprawdę się dla mnie liczy w moim życiu? Może pytanie pada w złym momencie? Może nie wypada teraz roztrząsać kwestii mej egzystencji(nie czuję kiedy rymuję), a cieszyć się biegnącą chwilą? Muszę pospisywać sobie te wszystkie "mądre" pytania i odpowiedzieć sobie na nie, jak będę starym mądrym człowiekiem siedzącym w bujanym fotelu :)

A tak w ogóle, jak Wasze walentynki? [nie mogę powstrzymać się od śmiechu zadając to pytanie] ;)

Na koniec tej zwięzłej i przemyślanej refleksji pisemnej chciałbym oddać hołd wielkiemu muzykowi i człowiekowi, który odszedł tydzień temu(we śnie! wyobrażacie sobie taką śmierć?! niesamowite!). Proszę, rozkoszujcie się jego muzyką: Gary Moore - Parisienne Walkways