Czy można się oswoić z samotnością? Cholera... tyle czasu szukałem, a może raczej czekałem. Czekałem aż ktoś obudzi we mnie tego człowieka, który tak bardzo jest w stanie oddać się miłości i poświęcić dla niej. Czekałem długo, za długo. W którymś momencie to chyba zaczęło być dla mnie "normalne". Pogodziłem się z tym, że co ma być to będzie i trzeba robić swoje no matter what. Poukładałem sobie życie tak by mieć na wszystko czas. By mieć czas na przyjemności, by mieć czas na życie zawodowe, by mieć czas na muzykę. Muzyka stała się moją prawdziwą kochanką. Koncerty, granie, tworzenie i komponowanie było w stanie dostarczyć mi takich emocji, które choć trochę utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie jest źle, że jakoś daję sobie radę sam. Wszystko było proste, wszystko było tak banalnie proste i nieskomplikowane. I...
... znalazła się ...
Znalazła się ta, która jest w stanie przewrócić wszystko do góry nogami i wpłynąć w ten niesamowity, cudowny, jedyny w swoim rodzaju sposób, którego nie dane mi było odczuwać od prawie 3 lat. I co? Boję się? Chcę z nią dzielić wszystko co mam, ale jednocześnie boję się, że po prostu nie dam rady tego wszystkiego udźwignąć jednocześnie. To stało się tak szybko i niespodziewanie. Czy jestem na pewno gotowy? Czy to ten moment? Czy to ta osoba? Czy powinienem, czy może ostrożnie? Czy to niczego nie zepsuje? Czy JA niczego nie zepsuje? Tyle pytań i zero odpowiedzi... Tylko chore domysły i bicie się z własnymi myślami... całymi dniami :/ Dlaczego to nie może być tak proste jak kiedyś? Dlaczego zrobiłem się taki nieczuły? Dlaczego szukam dziury w całym? Czy człowiekowi nie dane jest być szczęśliwym?! Zawsze szukamy problemów, gdy ich nie ma. ZAWSZE!
Coś się kończy, coś się zaczyna. Utwór o tym, jak... a zresztą: COMA - F.T.M.O.
wtorek, 27 listopada 2012
środa, 13 kwietnia 2011
Rzeka zawsze taka sama, czy może czas goi rany?
O ile wiem, istnieje taka prawda życiowa, że "jak się już pier**** to wszystko na raz"... Pewnie ma ona wiele form i kontekstów, ale wydaje mi się, że tak się właśnie u mnie dzieje. Dlaczego "wydaje mi się"? Bo pewnie to też kwestia mojego kiepskiego, iście jesiennego nastroju, który podsuwa mi do głowy coraz to nowsze sprawy, które nie idą po mojej myśli.
Dzisiaj o brzasku wróciłem z Pragi. Piękne miasto, nigdy nie byłem mimo, że jest niedaleko Wrocławia. Podobało mi się, choć w zasadzie po tych wszystkich opowieściach i recenzjach od znajomych, spodziewałem się czegoś więcej. W zasadzie miałem już parę propozycji takich wyjazdów i to z bardziej dogodnym terminem, obowiązków mniej, a i pieniędzy więcej. Dlaczego więc pojechałem teraz? Otóż pojawiła się okazja by spędzić trochę czasu z osobą, której nie widziałem ponad rok, a która kiedyś była mi najbliższą i najważniejszą osobą w życiu. No i tutaj zaczynają się problemy... "Stara miłość nie rdzewieje"? No dobra, ale minęło tyle czasu. Pogodziłem się z samym sobą, a kontakt na stopie przyjacielskiej nie był ciężarem, czemu by gdzieś razem nie wyskoczyć "po przyjacielsku"? A temu, że sam siebie ku**a w ten sposób oszukuję... Nie potrafię, nie znam siły, nie mam sposobu, nie wiem jak... fuck! Może nie chcę wiedzieć?! Nie chcę wiedzieć, jak pozbyć się tego uczucia z mej głowy, gdy ją widzę i gdy spogląda mi w oczy. Powinienem mieć na to dawno "wszystkojedno"... Zapomnieć. Żyć swoim życiem. Okej, stało się i się nie odstanie. Pod innym adresem poszukaj chętnych na swą wierność... No ale taki już jestem - szybko się przywiązuję, a ciężej jest mi zapominieć.
I tak siedzę i myślę. Nie daje mi to spokoju. Myślami wybiegam w przeszłość i zaczynam się zastanawiać, czy po tak długim okresie czasu coś się mogło zmienić? Czy może jednak nie powinienem "zapominać", a raczej "spróbować". Przecież rok czekałem i nie poznałem nikogo równie cudownego. Ale zaraz, zaraz... "dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki". Ja w to chyba kiedyś wierzyłem? I bądź tu mądry... Serce rwie na drugą stronę Polski, a rzeka wcale nie musi się dużo różnić od tej z której wychodziłem rok temu. A może coś się zmieniło? Coś się ruszyło?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie i nie jestem pewien, czy mam tyle siły i odwagi, a przede wszystkim czy mam prawo jej szukać...
Zabawne, bo spisuję ten lament w głębokiej nadziei, że nikt go nie przeczyta mimo, że zamieszczam go w miejscu, które czyta i przeszukuje codziennie po parę razy każdy cywilizowany człowiek. Nie wiem jaki jest tego sens, ale chyba poczułem się lepiej... Jeśli to rezultat tego wpisu, a nie mojego znużenia i "nawszystkowyjebania" to chyba było warto.
Dobranoc.
Layla! You've got me on my knees!
Layla! I'm begging, darling please!
Dzisiaj o brzasku wróciłem z Pragi. Piękne miasto, nigdy nie byłem mimo, że jest niedaleko Wrocławia. Podobało mi się, choć w zasadzie po tych wszystkich opowieściach i recenzjach od znajomych, spodziewałem się czegoś więcej. W zasadzie miałem już parę propozycji takich wyjazdów i to z bardziej dogodnym terminem, obowiązków mniej, a i pieniędzy więcej. Dlaczego więc pojechałem teraz? Otóż pojawiła się okazja by spędzić trochę czasu z osobą, której nie widziałem ponad rok, a która kiedyś była mi najbliższą i najważniejszą osobą w życiu. No i tutaj zaczynają się problemy... "Stara miłość nie rdzewieje"? No dobra, ale minęło tyle czasu. Pogodziłem się z samym sobą, a kontakt na stopie przyjacielskiej nie był ciężarem, czemu by gdzieś razem nie wyskoczyć "po przyjacielsku"? A temu, że sam siebie ku**a w ten sposób oszukuję... Nie potrafię, nie znam siły, nie mam sposobu, nie wiem jak... fuck! Może nie chcę wiedzieć?! Nie chcę wiedzieć, jak pozbyć się tego uczucia z mej głowy, gdy ją widzę i gdy spogląda mi w oczy. Powinienem mieć na to dawno "wszystkojedno"... Zapomnieć. Żyć swoim życiem. Okej, stało się i się nie odstanie. Pod innym adresem poszukaj chętnych na swą wierność... No ale taki już jestem - szybko się przywiązuję, a ciężej jest mi zapominieć.
I tak siedzę i myślę. Nie daje mi to spokoju. Myślami wybiegam w przeszłość i zaczynam się zastanawiać, czy po tak długim okresie czasu coś się mogło zmienić? Czy może jednak nie powinienem "zapominać", a raczej "spróbować". Przecież rok czekałem i nie poznałem nikogo równie cudownego. Ale zaraz, zaraz... "dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki". Ja w to chyba kiedyś wierzyłem? I bądź tu mądry... Serce rwie na drugą stronę Polski, a rzeka wcale nie musi się dużo różnić od tej z której wychodziłem rok temu. A może coś się zmieniło? Coś się ruszyło?
Nie znam odpowiedzi na to pytanie i nie jestem pewien, czy mam tyle siły i odwagi, a przede wszystkim czy mam prawo jej szukać...
Zabawne, bo spisuję ten lament w głębokiej nadziei, że nikt go nie przeczyta mimo, że zamieszczam go w miejscu, które czyta i przeszukuje codziennie po parę razy każdy cywilizowany człowiek. Nie wiem jaki jest tego sens, ale chyba poczułem się lepiej... Jeśli to rezultat tego wpisu, a nie mojego znużenia i "nawszystkowyjebania" to chyba było warto.
Dobranoc.
Layla! You've got me on my knees!
Layla! I'm begging, darling please!
sobota, 26 lutego 2011
Świat bez uczuć?
Cóż, nie sądziłem że tak szybko uda mi się spłodzić kolejną myśl, ale oto nastał czas odpowiedni... głowa mi pęka, parę piw z Panem J. i powoli opadające ciężkie powieki musiały zrodzić w mej głowie kilka zdań. Nie jestem nawet u siebie w mieszkaniu, a notkę piszę z laptopa, co mnie niezmiernie denerwuje i krępuje, ale... do rzeczy.
Ostatnio coraz częściej przy okazji wielu szczerych rozmów spotykam się z opinią, że jestem romantykiem i idealistą... że życie, które nie jest piękną bajką, wkrótce niemile mnie zaskoczy. Racja. Wierzę w prawdziwą miłość, w szczere przyjaźnie, w spełnianie marzeń, a przekonanie że człowiek jest na tyle niesamowitą postacią, że może naprawdę osiągnąć co tylko zechce, jeśli wykaże odrobinę chęci i samozaparcia, nie wywołuje u mnie śmiechu. Mi osobiście nie wydaje się to wcale złym zjawiskiem, ale dla pewności zasięgnąłem do dostępnego on-line "Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego" i wykopałem definicje.
Idealizować - przeceniać kogoś, wybielać; przypisywać (komu, czemu) zalety, których ta osoba a. rzecz nie posiada; apoteozować, gloryfikować.
Idealista - pot. człowiek kierujący się zasadami wzniosłymi, zdolny do poświęceń; marzyciel, utopista.
Pod hasłem "romantyczny" było też coś o marzeniach i były jeszcze jakieś inne pierdoły, których ja tu nie potrzebowałem, więc nie zamieszczam. Swoją drogą zabawne, że jeszcze dekadę temu przepisywałbym te definicje z książki, fizycznej, stronicowanej, z hasłami uporządkowanymi alfabetycznie. Musiałbym szukać co najmniej chwilę, a odnalezione słowo sprawiłoby mi tyle radości. Ale nie, teraz jest internet i wystarczy to "wguglać" i w ciągu 0,153sek otrzymujemy 10 różnych źródeł. Nice! Ale znów odbiegam od tematu. Więc mamy te definicje i szczerze powiedziawszy nie specjalnie mnie zaskoczyły. Nie żebym był znawcą, ale przypuszczałem, że mniej-więcej to znaczą te słowa. Jednak rozgrzeszając siebie samego... "przecenianie kogoś", "przypisywanie nieistniejących zalet"? Kaman! Dla mnie to się nazywa zaufanie, poznanie, wiara w ludzi. Czy to jest takie niedobre? Może odrobinkę naiwne, ale jaki byłby świat bez tego? Każdy patrzyłby na siebie spode łba, podejrzliwie, nieufnie. Już coraz częściej widzi się takie obrazki wszędzie dookoła. Nie podoba mi się to. Mam każdą nowo poznaną osobę traktować "interesownie"? "O, pewnie ta Pani czegoś ode mnie chce skoro ledwo mnie zna, a jest taka miła". Co do romantyka. Przywiązuje się... no i co? Co w tym złego? Jestem niewolnikiem przeszłości i wspomnień? Dobra, może tak. Ale czy to musi mieć taki destruktywny wpływ na teraźniejszość, czy przyszłość? Nie jestem taki pewien.
Ostatecznie... każdy rozgrywa to w swojej głowie i każdy radzi sobie z tym na swój sposób. Mi takie podejście do życia odpowiada. Ja będę się bił w pierś, jeśli się na tym przejadę. Jeśli rzeczywiście ktoś to kiedyś wykorzysta, albo okaże się nagle, że bujając w obłokach straciłem poczucie rzeczywistości.
Może przyszło mi żyć w świecie bez emocji, uczuć i prawdy. Ale wierzę, że tak nie jest! I wydaje mi się, że dzięki temu upływający czas jest przyjemniejszy, ludzie dookoła bardziej przyjaźni. To mój świat i nie zamierzam z niego rezygnować. Kiedyś ktoś to doceni :)
Nie wiem, jaki jest wydźwięk tego bełkotu. Jaki ma sens to co napisałem. Czy to szczere wyrzucenie myśli, czy to może już lament. Nie chce mi się tego czytać drugi raz do poprawek, więc wybaczcie brak spójności. Jest jak jest, lepiej nie będzie :) Jestem zmęczony i idę spać. Życzę czytającym kolorowych snów, a by przybliżyć tą perspektywę DOBRY utwór i najpiękniejsze solo na świecie w wykonaniu Davida Gilmoura oraz Pink Floyd. Koncert w Londynie, rok 1994 - chciałbym kiedyś przeżyć takie widowisko! Pink Floyd - Comfortably Numb
Ostatnio coraz częściej przy okazji wielu szczerych rozmów spotykam się z opinią, że jestem romantykiem i idealistą... że życie, które nie jest piękną bajką, wkrótce niemile mnie zaskoczy. Racja. Wierzę w prawdziwą miłość, w szczere przyjaźnie, w spełnianie marzeń, a przekonanie że człowiek jest na tyle niesamowitą postacią, że może naprawdę osiągnąć co tylko zechce, jeśli wykaże odrobinę chęci i samozaparcia, nie wywołuje u mnie śmiechu. Mi osobiście nie wydaje się to wcale złym zjawiskiem, ale dla pewności zasięgnąłem do dostępnego on-line "Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego" i wykopałem definicje.
Idealizować - przeceniać kogoś, wybielać; przypisywać (komu, czemu) zalety, których ta osoba a. rzecz nie posiada; apoteozować, gloryfikować.
Idealista - pot. człowiek kierujący się zasadami wzniosłymi, zdolny do poświęceń; marzyciel, utopista.
Pod hasłem "romantyczny" było też coś o marzeniach i były jeszcze jakieś inne pierdoły, których ja tu nie potrzebowałem, więc nie zamieszczam. Swoją drogą zabawne, że jeszcze dekadę temu przepisywałbym te definicje z książki, fizycznej, stronicowanej, z hasłami uporządkowanymi alfabetycznie. Musiałbym szukać co najmniej chwilę, a odnalezione słowo sprawiłoby mi tyle radości. Ale nie, teraz jest internet i wystarczy to "wguglać" i w ciągu 0,153sek otrzymujemy 10 różnych źródeł. Nice! Ale znów odbiegam od tematu. Więc mamy te definicje i szczerze powiedziawszy nie specjalnie mnie zaskoczyły. Nie żebym był znawcą, ale przypuszczałem, że mniej-więcej to znaczą te słowa. Jednak rozgrzeszając siebie samego... "przecenianie kogoś", "przypisywanie nieistniejących zalet"? Kaman! Dla mnie to się nazywa zaufanie, poznanie, wiara w ludzi. Czy to jest takie niedobre? Może odrobinkę naiwne, ale jaki byłby świat bez tego? Każdy patrzyłby na siebie spode łba, podejrzliwie, nieufnie. Już coraz częściej widzi się takie obrazki wszędzie dookoła. Nie podoba mi się to. Mam każdą nowo poznaną osobę traktować "interesownie"? "O, pewnie ta Pani czegoś ode mnie chce skoro ledwo mnie zna, a jest taka miła". Co do romantyka. Przywiązuje się... no i co? Co w tym złego? Jestem niewolnikiem przeszłości i wspomnień? Dobra, może tak. Ale czy to musi mieć taki destruktywny wpływ na teraźniejszość, czy przyszłość? Nie jestem taki pewien.
Ostatecznie... każdy rozgrywa to w swojej głowie i każdy radzi sobie z tym na swój sposób. Mi takie podejście do życia odpowiada. Ja będę się bił w pierś, jeśli się na tym przejadę. Jeśli rzeczywiście ktoś to kiedyś wykorzysta, albo okaże się nagle, że bujając w obłokach straciłem poczucie rzeczywistości.
Może przyszło mi żyć w świecie bez emocji, uczuć i prawdy. Ale wierzę, że tak nie jest! I wydaje mi się, że dzięki temu upływający czas jest przyjemniejszy, ludzie dookoła bardziej przyjaźni. To mój świat i nie zamierzam z niego rezygnować. Kiedyś ktoś to doceni :)
Nie wiem, jaki jest wydźwięk tego bełkotu. Jaki ma sens to co napisałem. Czy to szczere wyrzucenie myśli, czy to może już lament. Nie chce mi się tego czytać drugi raz do poprawek, więc wybaczcie brak spójności. Jest jak jest, lepiej nie będzie :) Jestem zmęczony i idę spać. Życzę czytającym kolorowych snów, a by przybliżyć tą perspektywę DOBRY utwór i najpiękniejsze solo na świecie w wykonaniu Davida Gilmoura oraz Pink Floyd. Koncert w Londynie, rok 1994 - chciałbym kiedyś przeżyć takie widowisko! Pink Floyd - Comfortably Numb
poniedziałek, 14 lutego 2011
Uciekający czas i trudne pytania
The Boss Hoss w słuchawkach, skończona znajomość, dużo obowiązków i marnowanie czasu. Cóż, chyba pora by tu coś napisać.
Mieliście kiedyś zbyt dużo czasu? Tak to jest... gdy czegoś brakuje to oddalibyśmy wszystko by to dostać, a jak już dostajemy to co chcemy, przestajemy to doceniać. Tak sobie życie obecnie poukładałem, że mam mnóstwo czasu na moje dwie największe pasje - muzykę i ludzi(nie wiem czemu tak mnie kusi by "ludzi" zastąpić "kobietami"). Oczywiście, cieszę się i staram się korzystać jak mogę, choć coraz mocniej dociera do mnie myśl, że jednak za dużo czasu zajmują mi głupoty. Czas ucieka mi przez palce, a ja nie potrafię się temu przeciwstawić. Ciężar jest niewyobrażalny. I mógłbym tak jak to mam w zwyczaju, skupić się na tym co dobre. Nowe znajomości, rozwój muzyczny i dużo chwil dla siebie, spokój duszy. Ale damn... czy mnie nie stać na coś więcej?! Czuje, że mogę z tego wyciągnąć coś więcej, że nie do końca o to mi chodziło, że proporcja między czasem wykorzystanym, a zmarnowanym jest niepokojąco wyrównana. Czy ja się nad sobą użalam, czy rzeczywiście objawia mi się problem, któremu powinienem stawić czoła? Przypuszczam, że przekonam się o tym dopiero wtedy, gdy pierwsza sprawa z którą przyjdzie mi się zmierzyć okaże się porażką przez moje lenistwo.
Ostatnio odbyłem ciekawą rozmowę. Od zawsze myślę o sobie jako o kimś odmiennym, jak o takim analogu w świecie cyfrówek(gdzieś przeczytałem to porównanie i bardzo mi się podoba), o jakimś starym zdjęciu schowanym w pudełku 20 lat temu i odkurzonym w dzisiejszej rzeczywistości. Nie wiem ile jest w tym prawdy i czy w ogóle powinienem myśleć o sobie w ten sposób, ale tak się czuję. To sprawia, że czasem ciężki ze mnie partner do rozmów o życiu itd. Jednak ostatnio znalazła się osoba, która potrafiła zadać mi pytanie na które odpowiedź sprawiła mi niemałe zakłopotanie, a jednocześnie zmusiła do refleksji, zaciekawiła. Oprócz tego, że jestem staromodny to mam też luźne podejście do życia i negatywne rzeczy staram się raczej puszczać w niepamięć i udaję(?), że mnie nie obchodzą. I nagle: "To co Cię tak naprawdę obchodzi?". Zamilkłem na dłuższą chwilę, wprowadzając mojego rozmówcę w stan lekkiego zakłopotania. Próbowaliście zadawać sobie takie trudne pytania w stylu "Co dla mnie znaczy szczęście?", "Z czego jestem dumny w swoim życiu?" itd. :) To jest chyba jedno z tych. Odpowiedziałem, że moi przyjaciele i to by żyć w zgodzie z samym sobą. Tylko, czy to czasem nie była bardziej szybka ucieczka przed kłopotliwą ciszą niż w pełni świadoma i wyczerpująca odpowiedź. Myślałem nad tym pytaniem i nadal ciężko mi jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Co tak naprawdę się dla mnie liczy w moim życiu? Może pytanie pada w złym momencie? Może nie wypada teraz roztrząsać kwestii mej egzystencji(nie czuję kiedy rymuję), a cieszyć się biegnącą chwilą? Muszę pospisywać sobie te wszystkie "mądre" pytania i odpowiedzieć sobie na nie, jak będę starym mądrym człowiekiem siedzącym w bujanym fotelu :)
A tak w ogóle, jak Wasze walentynki? [nie mogę powstrzymać się od śmiechu zadając to pytanie] ;)
Na koniec tej zwięzłej i przemyślanej refleksji pisemnej chciałbym oddać hołd wielkiemu muzykowi i człowiekowi, który odszedł tydzień temu(we śnie! wyobrażacie sobie taką śmierć?! niesamowite!). Proszę, rozkoszujcie się jego muzyką: Gary Moore - Parisienne Walkways
Mieliście kiedyś zbyt dużo czasu? Tak to jest... gdy czegoś brakuje to oddalibyśmy wszystko by to dostać, a jak już dostajemy to co chcemy, przestajemy to doceniać. Tak sobie życie obecnie poukładałem, że mam mnóstwo czasu na moje dwie największe pasje - muzykę i ludzi(nie wiem czemu tak mnie kusi by "ludzi" zastąpić "kobietami"). Oczywiście, cieszę się i staram się korzystać jak mogę, choć coraz mocniej dociera do mnie myśl, że jednak za dużo czasu zajmują mi głupoty. Czas ucieka mi przez palce, a ja nie potrafię się temu przeciwstawić. Ciężar jest niewyobrażalny. I mógłbym tak jak to mam w zwyczaju, skupić się na tym co dobre. Nowe znajomości, rozwój muzyczny i dużo chwil dla siebie, spokój duszy. Ale damn... czy mnie nie stać na coś więcej?! Czuje, że mogę z tego wyciągnąć coś więcej, że nie do końca o to mi chodziło, że proporcja między czasem wykorzystanym, a zmarnowanym jest niepokojąco wyrównana. Czy ja się nad sobą użalam, czy rzeczywiście objawia mi się problem, któremu powinienem stawić czoła? Przypuszczam, że przekonam się o tym dopiero wtedy, gdy pierwsza sprawa z którą przyjdzie mi się zmierzyć okaże się porażką przez moje lenistwo.
Ostatnio odbyłem ciekawą rozmowę. Od zawsze myślę o sobie jako o kimś odmiennym, jak o takim analogu w świecie cyfrówek(gdzieś przeczytałem to porównanie i bardzo mi się podoba), o jakimś starym zdjęciu schowanym w pudełku 20 lat temu i odkurzonym w dzisiejszej rzeczywistości. Nie wiem ile jest w tym prawdy i czy w ogóle powinienem myśleć o sobie w ten sposób, ale tak się czuję. To sprawia, że czasem ciężki ze mnie partner do rozmów o życiu itd. Jednak ostatnio znalazła się osoba, która potrafiła zadać mi pytanie na które odpowiedź sprawiła mi niemałe zakłopotanie, a jednocześnie zmusiła do refleksji, zaciekawiła. Oprócz tego, że jestem staromodny to mam też luźne podejście do życia i negatywne rzeczy staram się raczej puszczać w niepamięć i udaję(?), że mnie nie obchodzą. I nagle: "To co Cię tak naprawdę obchodzi?". Zamilkłem na dłuższą chwilę, wprowadzając mojego rozmówcę w stan lekkiego zakłopotania. Próbowaliście zadawać sobie takie trudne pytania w stylu "Co dla mnie znaczy szczęście?", "Z czego jestem dumny w swoim życiu?" itd. :) To jest chyba jedno z tych. Odpowiedziałem, że moi przyjaciele i to by żyć w zgodzie z samym sobą. Tylko, czy to czasem nie była bardziej szybka ucieczka przed kłopotliwą ciszą niż w pełni świadoma i wyczerpująca odpowiedź. Myślałem nad tym pytaniem i nadal ciężko mi jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Co tak naprawdę się dla mnie liczy w moim życiu? Może pytanie pada w złym momencie? Może nie wypada teraz roztrząsać kwestii mej egzystencji(nie czuję kiedy rymuję), a cieszyć się biegnącą chwilą? Muszę pospisywać sobie te wszystkie "mądre" pytania i odpowiedzieć sobie na nie, jak będę starym mądrym człowiekiem siedzącym w bujanym fotelu :)
A tak w ogóle, jak Wasze walentynki? [nie mogę powstrzymać się od śmiechu zadając to pytanie] ;)
Na koniec tej zwięzłej i przemyślanej refleksji pisemnej chciałbym oddać hołd wielkiemu muzykowi i człowiekowi, który odszedł tydzień temu(we śnie! wyobrażacie sobie taką śmierć?! niesamowite!). Proszę, rozkoszujcie się jego muzyką: Gary Moore - Parisienne Walkways
środa, 19 stycznia 2011
KOBIECE KOMPLIKACJE
Nie wiem, czy zaczynając wpis, powinienem już mieć w głowie to co zamierzam napisać. Wydaje mi się, że to raczej powinno być spontaniczne przelanie myśli na klawiaturę, ale cóż. Tak się składa, że pierwszy wpis w tym miejscu, a raczej jego temat, nie jest wcale zaskakujący... kobiety.
Kiedyś ktoś wymyślił test, który przy okazji wyjazdu szkoleniowego miałem okazję rozwiązywać. Był to test "obnażający" płeć mózgu. Mój wynik był zabawny dla osób zgromadzonych w pomieszczeniu, a jednocześnie dziwnie zastanawiający dla mnie. W skali około 300 punktów, brakowało mi tylko 10 do mózgu kobiecego, co klasyfikowało mnie w kategorii "pomiędzy". Co to znaczy? Na całe szczęście nie znaczy to, że niesamowite zjawisko umieszczone w mej głowie zostało zainstalowane w złym ciele. Według opisu... jestem osobą bardzo wrażliwą, sentymentalną i świetnie dogadującą się z kobietami. Dobrze rozumiem ich problemy, potrafię słuchać, blablabla. Nie jestem zwolennikiem takich testów, a tym bardziej opisów wynikowych, które zawsze przedstawiają same pozytywne skojarzenia i cechy, tak by każdy mógł siebie dowartościować i stwierdzić: "Hmmm, w sumie to... jestem taki troszkę wrażliwy czasem. Heh!". Tak czy siak, nie ukrywam że byłem na tyle naiwny, że wróciłem pamięcią do paru sytuacji z mego życia i zacząłem to odnosić do wyników tegoż testu, bądź co bądź, opracowanego przez jakichś naukowców, którzy gdyby nie byli anonimowi to można byłoby uwierzyć w ich kompetencje. No i uwierzyłem... Niby zawsze miałem dobry kontakt z płcią przeciwną, na filmach beczę, przywiązuje się do miejsc i ludzi, lubię słuchać tego co mają do powiedzenia. Jednak złudzenie wywołane testem nie mogło trwać długo, ponieważ jak niesamowity bym nie był, jak niewyobrażalnie dobrze znałbym problemy płci przeciwnej, tak nigdy nie skumam tych 1736 Waszych dziwnych zachowań, reakcji, opinii i uprzedzeń. Wiele z Was odpowiada - "To dobrze, przynajmniej jesteśmy tajemnicze i ciekawe". Wrong answer! Cały czas robicie z igły widły, wyolbrzymiacie. Czasem jest to zabawne i urocze, ale cholera... dlaczego nie możecie po prostu uwierzyć w nasze słowa? Gdy facet coś mówi to zazwyczaj tak myśli. Nie bawi się w gierki, domysły, miłe słówka... w końcu, nie zmienia zdania co parę chwil. On po prostu tak myśli, chce być szczery, chce byście to doceniły i zaufały jego słowom. Dlaczego Wy zawsze szukacie jakiegoś drugiego dna? Albo uważacie wręcz, że to niemożliwe co mówimy. "Wcale tak nie myślisz! Nie gadaj głupot!". Po co miałbym Wam się z czegoś zwierzać, jeśli to nieprawda? By się Wam przypodobać? By powiedzieć to co chcecie usłyszeć? Prędzej, czy później i tak wyjdzie na wierzch, czy byłem szczery w tym co powiedziałem, więc po co miałbym tak ryzykować? A to tylko jeden przykład. Kombinujecie jak się da i utrudniacie sobie życie, które może być o wiele prostsze niż Wam się wydaje :) Jesteście cudowne, kochamy Was, wielbimy, latamy za Wami jak porąbani, a Wy się bronicie przed zwykłym słowem, zwierzeniem stawiającym Was w krępującej sytuacji. Uwierzcie choć raz w to co do Was mówimy. Jeśli naszym problemem jest samo słuchanie, to Wy macie problem z tym co usłyszycie, bo rozbrajacie to na 10 różnych wersji i kontekstów dla których mogłyby być wypowiedziane konkretne frazy. Nie róbcie tego! :)
Dobra, bo się rozpisałem. Jeśli ktoś to czyta i ma zamiar robić to w dalszym ciągu, to proszę przywyknijcie. Mogę Was zapewnić, że na pewno nie znajdziecie tu krótkich, mądrych i przejrzystych wypowiedzi ;)
Muzyczne pożegnanie(z dedykacją dla wszystkich kobiet nie zgadzających się z tym co wystukałem wyżej): Tom Waits - Alice
Kiedyś ktoś wymyślił test, który przy okazji wyjazdu szkoleniowego miałem okazję rozwiązywać. Był to test "obnażający" płeć mózgu. Mój wynik był zabawny dla osób zgromadzonych w pomieszczeniu, a jednocześnie dziwnie zastanawiający dla mnie. W skali około 300 punktów, brakowało mi tylko 10 do mózgu kobiecego, co klasyfikowało mnie w kategorii "pomiędzy". Co to znaczy? Na całe szczęście nie znaczy to, że niesamowite zjawisko umieszczone w mej głowie zostało zainstalowane w złym ciele. Według opisu... jestem osobą bardzo wrażliwą, sentymentalną i świetnie dogadującą się z kobietami. Dobrze rozumiem ich problemy, potrafię słuchać, blablabla. Nie jestem zwolennikiem takich testów, a tym bardziej opisów wynikowych, które zawsze przedstawiają same pozytywne skojarzenia i cechy, tak by każdy mógł siebie dowartościować i stwierdzić: "Hmmm, w sumie to... jestem taki troszkę wrażliwy czasem. Heh!". Tak czy siak, nie ukrywam że byłem na tyle naiwny, że wróciłem pamięcią do paru sytuacji z mego życia i zacząłem to odnosić do wyników tegoż testu, bądź co bądź, opracowanego przez jakichś naukowców, którzy gdyby nie byli anonimowi to można byłoby uwierzyć w ich kompetencje. No i uwierzyłem... Niby zawsze miałem dobry kontakt z płcią przeciwną, na filmach beczę, przywiązuje się do miejsc i ludzi, lubię słuchać tego co mają do powiedzenia. Jednak złudzenie wywołane testem nie mogło trwać długo, ponieważ jak niesamowity bym nie był, jak niewyobrażalnie dobrze znałbym problemy płci przeciwnej, tak nigdy nie skumam tych 1736 Waszych dziwnych zachowań, reakcji, opinii i uprzedzeń. Wiele z Was odpowiada - "To dobrze, przynajmniej jesteśmy tajemnicze i ciekawe". Wrong answer! Cały czas robicie z igły widły, wyolbrzymiacie. Czasem jest to zabawne i urocze, ale cholera... dlaczego nie możecie po prostu uwierzyć w nasze słowa? Gdy facet coś mówi to zazwyczaj tak myśli. Nie bawi się w gierki, domysły, miłe słówka... w końcu, nie zmienia zdania co parę chwil. On po prostu tak myśli, chce być szczery, chce byście to doceniły i zaufały jego słowom. Dlaczego Wy zawsze szukacie jakiegoś drugiego dna? Albo uważacie wręcz, że to niemożliwe co mówimy. "Wcale tak nie myślisz! Nie gadaj głupot!". Po co miałbym Wam się z czegoś zwierzać, jeśli to nieprawda? By się Wam przypodobać? By powiedzieć to co chcecie usłyszeć? Prędzej, czy później i tak wyjdzie na wierzch, czy byłem szczery w tym co powiedziałem, więc po co miałbym tak ryzykować? A to tylko jeden przykład. Kombinujecie jak się da i utrudniacie sobie życie, które może być o wiele prostsze niż Wam się wydaje :) Jesteście cudowne, kochamy Was, wielbimy, latamy za Wami jak porąbani, a Wy się bronicie przed zwykłym słowem, zwierzeniem stawiającym Was w krępującej sytuacji. Uwierzcie choć raz w to co do Was mówimy. Jeśli naszym problemem jest samo słuchanie, to Wy macie problem z tym co usłyszycie, bo rozbrajacie to na 10 różnych wersji i kontekstów dla których mogłyby być wypowiedziane konkretne frazy. Nie róbcie tego! :)
Dobra, bo się rozpisałem. Jeśli ktoś to czyta i ma zamiar robić to w dalszym ciągu, to proszę przywyknijcie. Mogę Was zapewnić, że na pewno nie znajdziecie tu krótkich, mądrych i przejrzystych wypowiedzi ;)
Muzyczne pożegnanie(z dedykacją dla wszystkich kobiet nie zgadzających się z tym co wystukałem wyżej): Tom Waits - Alice
środa, 12 stycznia 2011
POCZĄTEK
No i stało się.
Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego to zrobiłem, nie jestem w stanie powiedzieć co to spowoduje, w końcu... nie jestem w stanie powiedzieć kto będzie tego odbiorcą.
Może to potrzeba wylania z siebie tych wszystkich dziwnych i niezrozumiałych myśli? Może to potrzeba zostawienia czegoś po sobie? Bo niby dla kogo mam to pisać? Dzisiaj każdy ma swoje życie, sprawy, problemy. Co kogo może obchodzić to co tutaj napiszę? Ale może to naiwna próba zapisania tego co się dzieje czasem w mej głowie, zostawienia jakiegoś śladu? Może to nie dla Was, ale dla mnie? Może będę się cieszył do monitora czytając to za parę lat? Nie wiem.
Już na samym początku ten cały, so cold "blog" jest pełen wielkich niewiadomych i zapytań. To nie wróży dobrze, ale cóż... chyba chodzi o to by spróbować. Więc próbuję...
Trzeba było jakoś zacząć to zacząłem, zobaczymy co przyniesie czas. Tymczasem pozdrawiam Was życząc jednocześnie dobrej nocy.
Nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego to zrobiłem, nie jestem w stanie powiedzieć co to spowoduje, w końcu... nie jestem w stanie powiedzieć kto będzie tego odbiorcą.
Może to potrzeba wylania z siebie tych wszystkich dziwnych i niezrozumiałych myśli? Może to potrzeba zostawienia czegoś po sobie? Bo niby dla kogo mam to pisać? Dzisiaj każdy ma swoje życie, sprawy, problemy. Co kogo może obchodzić to co tutaj napiszę? Ale może to naiwna próba zapisania tego co się dzieje czasem w mej głowie, zostawienia jakiegoś śladu? Może to nie dla Was, ale dla mnie? Może będę się cieszył do monitora czytając to za parę lat? Nie wiem.
Już na samym początku ten cały, so cold "blog" jest pełen wielkich niewiadomych i zapytań. To nie wróży dobrze, ale cóż... chyba chodzi o to by spróbować. Więc próbuję...
Trzeba było jakoś zacząć to zacząłem, zobaczymy co przyniesie czas. Tymczasem pozdrawiam Was życząc jednocześnie dobrej nocy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)